independent boomerang bulletin
wydanie I/04 - marzec/maj 2004 - I rok wydania - polska wersja jezykowa


żywcem z pleneru


moje bumerangi
, paweł olszewski opisuje nie pozbawione grozy i humoru początki swojej fascynacji bumami. jego chęć poznania wyłoniła pasję produkcyjną, godną niemalże "ekonomicznego" miana...
(dwa inne zdjęcia pawła zostały wybrane do galerii!)

moja przygoda z boomerangami zaczęła się na I zlocie modelarzy internatów w pile. ludzie biorący udział w tymże zlocie mieli za zadanie przede wszystkim spotkać się ;-) co ja tam robilem? pojechałem z ogromną dozą ciekawości by poznać ludzi których dotychczas znałem jedynie z grupy dyskusyjnej. popatrzec, nauczyć się czegoś. wielu, naprawdę wielu ciekawych modelarzy tam spotkałem. czlowiek, który podrzucił mi pomysł na rozwiązanie pewnego problemu był mi wtedy zupelnie nieznany (przemek jakubczak z warszawy). po ciężkim dniu zmagań, wieczorem, wszyscy wymieniali się doświadczeniami, niektórzy kłócili się, a jeszcze inni się temu wszystkiemu przyglądali ;D ja należałem do tych przygladających się. podobnie zresztą jak piotrp, czy właśnie przemek (chociaż są to modelarze wyborni). z nudów piotrp zaczął się bawić jakimiś skrawkami z czyjegoć modelu. tak nie bardzo wiedział, co mu z tego wyjdzie, ale się bawił przednio :D. kiedy postanowiliśmy toto wypróbować na dworze, przemek od niechcenia rzucił kolejny tego dnia błyskotliwy pomysł. domyślacie się pewnie, że chodziło o bumerangi. dopytałem paru szczegółów typu, z czego to robić i po powrocie niemal natychmiast przebuszowałem po necie 4 godziny w poszukiwaniu informacji dotyczących latajacych patyczków, no i znalazłem masę planów, drugą masę opisów itd. wszystkie były w jezyku angielskim. zamówiłem też wtedy 4mm sklejkę lotniczą, którą polecił mi przemek. dwa dni pózniej!!! przyszła sklejka i już mogłem się wziąść do pracy. pierwszy mój boomerang był to megaterium. nie wyobrażacie sobie nawet mojego szczęścia, kiedy po raz pierwszy zabrałem się na boisko szkolne z moim własnym boomerangiem. było to tak:

nie, to nie ufo, to bumerang pawła nad lotniskiem w jaworznie...

dzisiaj, wraz z moim kochanym bratem michałem poszedłem - podjechałem, ale to szczegóły:) - na murawę szkolną sp5 w jaworze, w celu ściśle tajnym, aczkolwiek związanym w pewien sposób z niedawno ukończonym boomerangiem...
moje pierwsze rzuty:
były nieudane jak nie wiem co... myślałem, że się popłaczę, bo boomerang latał tak, że zastanawiałem się, czy nie lepiej przesiąść się na kamienie. mają całkiem pokazny zasięg i kształty można sobie dobrać wręcz dowolne, a jakie trwale... :)
pierwszy rzut michała (lat 8):
podczas gdy ja obmyślałem warianty zemsty na człowieku, który podrzucił mi pomysł boomerangów :) mój brat skakał wokół mnie i przejawiał ogromną radość z tego, że to ustrojstwo nie spadło metr ode mnie. to, że wyprawiało w powietrzu niestworzone rzeczy, było dla niego tylko dodatkowym uatrakcyjnieniem "wycieczki" :). ponieważ wyraznie domagał się osobistej próby rzutu, nie było innego wyjścia, niż pozostawić boomera w odległości paru metrów od niego i wiaaaaaaać!!! zanim zdołał dobiec do swojej zdobyczy i wziąść porządny zamach, ja byłem już parę ładnych metrów za nim :).
chłopak rzucił i... o dziwo!!! boomerang poleciał prościutko prościuteńko... przeleciał wprawdzie niewiele: jakieś 5 metrów do przodu i 5 do góry, ale prosto (tzn. bez salt)!!! kiedy wytracił prędkość, zaczął drogę powrotną. co mnie zmartwiło, powrót polegał na pionowym opadaniu przy minimalnej powierzchni nośnej. koniec lotu wyglądał tak, że boomerang lekko wbił się w ziemię.

give`m hell, yeah!


kolejne moje rzuty:

kiedy to zobaczyłem, brat miał pecha, bo stracił zabawkę :). przynajmniej na chwilę. po krótkiej burzy mózgu (mojego mózgu, bratu się dawno zlasował przy quaku :) doszedłem do genialnego wprost wniosku że rzucam nie tą reką (ja jestem prawo- a brat leworęczny). niestety rzut lewą reką w moim wykonaniu był ogromną porażką. zamiana rąk nie wchodziła w grę :). kolejną myślą był sposób rzutu. ja to robiłem prawą reką, ale zamach brałem z lewej, a michał wziął zamach lewą ręką i z lewej strony. spróbowałem prawa z prawej.. i jak rzuciłem... tak stałem i podziwiałem. wyglądałem troszkę nie bardzo, ale inna reakcja nie oddałaby w pełni mojego podziwu! rzuciłem nisko i bardzo mocno (coś, jak "kaczkę" na wodzie). i to było piękne. boomer przeleciał jakieś 10-15 metrów tuż nad ziemią, po czym wystrzelił niemal pionowo w górę na wysokość ze 20 metrów!!! powrót wygladał podobnie jak u michała, z tą jedynie różnicą, że wbił się w ziemię gdzieś do 1/4. dodam, ze padało i grunt był miękki. na betonie lądowanie byłoby wyglądało inaczej...

i kolejne...:

tym razem wspólne. podczas gdy ja stałem ogłupiony szczęściem, braciszek wykorzystał sytuację i dorwał się do boomera. rzucił sobie raz, potem ja byłem szybszy :). kolejne moje rzuty były kopiami pierwszego udanego. rzucaliśmy na przemian. co jak co, ale brat też człowiek, tylko gdzie ja to wyczytałem?!?! :))). niestety zastał nas drobny deszczyk. w obawie, że się rozkręci, przerwaliśmy rzuty i odwiedziliśmy wujostwo. wujek z siostrzeńcem akurat wybierali się do kina i mojego braciszka wzieli w ramach bonusu :). deszcz się szybko skończył, a ja z podwójnym zapałem, tym razem jednak sam, wróciłem na murawę. teraz jednak miałem zamiar poeksperymentować. fajnie lata - ok, ale nie wraca! rzucałem pod różnymi kątami i okazało się, że boomer potrafi latać po dużym łuku, potrafi robić przy tym różne skomplikowane wariacje, i co najważniejsze: potrafi wylądować mi w ręce (nie łapałem... czke się bałem o paluszki :), albo tuż pod nogami :). jednym krótkim zdaniem podsumowującym wywód: mój boomerang jest cudowny, wspaniały i w ogóle :)))
tak oto opisałem swoje przeżycia tuż po rzutach...

paweł potrfi uskrzydlić swoimi bumerangami. przyjaciel pawła "od kołyski", mariusz basucki daje się ponieść!

to zdjęcie pokazuje esencję tkwiąca w bumerangu tak trafnie, iż w zasadzie powinno było zostać ustawione w galerii...
brawo mariusz! brawo paweł!

a tak wyglądały moje przeżycia związane z tym samym przedmiotem, ale jak to zwykle bywa ze mna, już wpadłem na genialny pomysł, aby to piękne megaterium upiększyć. jak? sami przeczytajcie:
uch... dzisiaj nie wytrzymałem i postanowiłem "ulepszyć" mojego boomera. w tym celu poszedłem do sklepu wędkarskiego i kupiłem papugę ... :))) no dobra... kupiłem ołów. taki w sztabkach po 60 gram. fajna sprawa. wróciłem do domciu, wyrzezbiłem na każdym końcu łopatki dziurkę i teraz najlepsze: poszedłem do kuchni, aby uroczyście stopić ołów. luuuudzie jakie to przyjemne :). oczywiście do kuchni wziąłem ze sobą boomera i mojego asystenta brata. chłopak cieszył się, jak murzyn z blaszki, jak zobaczył pływający metal... nie zdążyłem go niestety ostrzec, że to troszkę gorące, kiedy ten zdecydowanie strzelił z ręki w strone rozgrzanej do czerwoności łyżeczki z plynnym ołowiem. dzielnie zasłoniłem niebezpieczeństwo własnym ciałem, niestety wykonując przy tym gwałtowny ruch wokół własnej osi.
wylałem zawartość łyżeczki na ścianę (na szczęście z kafelek). przeżyłem niezłą chwilę grozy, ale na szczęście nic się nie stało. ołów się troszkę rozbryzgał... trochę zostało na ścianie, nieco więcej przetransportowało się z pomocą siły grawitacji na podłogę (również z kafelek), ale poza nieco wystraszonym bratem (nie omieszkałem opier... go) było ok.
kolejne porcje (razem 4) wylądowały już, jak było to zamierzone, w dziurkach boomera. troszkę zabawy młotkiem i... no jasne, że trzeba go było wypróbować! szybkim krokiem znalazłem się ponownie na boisku sp5 w jaworze i niezwłocznie przystąpiłem do ceremoniału obrzucania udoskonalonego boomera. z miejsca zostałem jednak potraktowany dość surowo przez kochany los. boomer wyraznie stracił duuużo z siły nośnej i latał dużo bardziej majestatycznie. natomiast dokładne wyważenie nie zrobiło mu żadnej różnicy. wracał podobnie jak dzień wcześniej. kilka rzutów i nawet niezle się wczułem, he he. boisko, na którym się znajdowałem, otoczone jest ogródkami. w dodatku w większości dość mocno zarośniętymi :(
pech chciał, że kombinowałem nad nowymi sposobami rzutu, nieco za blisko krawędzi murawy. rzuciłem tak dziwnie (pierwszy i ostatni raz mi się to udało), że boomer zatoczył ogromne koło i wylądował jakieś 20 metrów za mną. lot wyglądał bardzo fajnie, tyle tylko, że nie uśmiechało mi się latanie po płotach i poszukiwania boomera w malinach. na szczęście lądowanie nie odbyło się na jakimś drzewku. dość blisko znajdowała się 10-metrowa grusza. po wygrzebaniu się z chaszczy i paru przekleństwach przy wyciąganiu kolców, ponownie przystąpiłem do rzutów. oczywiście rzucaliśmy z bratem na zmianę, jednak dzisiaj rzuty braciszka były... eee mizerne :). nie najadł się chłopak alibo co??? w każdym razie wyraznie mu nie szło. za to ja się wyżywałem do woli. w końcu, po nieskończonej ilości rzutów i paru polowaniach na przelatujące ptaki nadeszła godzina 15.00. trzeba było wracać na obiad. ostatni rzut - myślę - biorę zamach i rzucam go tak, żeby wbił się w ziemię...

mariusz w akcji!


no i się, kurdę, blaszką przejechałem. boomerang wbił się i rozdwoił :(((
jakoś się ciężko na duszy zrobiło, ale cóż, trzeba było obejrzeć skutki katastrofy. dwa kawałki wyglądały dość nietęgo... pozbierałem je, wrzuciłem do plecaka i do domu. jednak, gdy doszedłem do końca boiska, zaiskrzył mi w głoofce szatański pomysł - a gdyby tak... :))) tak tak!!! wziąłem jedną połówkę i frruuuuu... kopara mi tak opadła, że przez 10 minut wygrzebywałem ją z ziemi :) połówka boomera przeszyła, jak pocisk 3/4 murawy i wbiła się w ziemię. wziąłem drugą i frrruuuu. tym razem przewidująco szczękę przytrzymałem ręką :))). efekt rzutu podobny, choć nieco bliżej i bardziej po łuku. popatrzyłem na braciszka, braciszek na mnie, po czym w mgnieniu oka znalezliśmy się każdy przy jednej połówce :).
z abawa była przednia, bo teraz nawet michałowi wychodziło :))). sądzę, że był z tego zadowolony, bo latał za swoją połówką podskakując, machając rękoma i drąc paszczura, jak niewyżyty belfer :))). wyglądał komicznie. nie powiem, co ja wyprawiałem, i jak przy tym wyglądałem :). powrót do domu odbył się z niewielkim opóznieniem, bo około godziny 17.30. nie trudno się domyśleć, że dostaliśmy opierpapier, ale oboje stwierdziliśmy zgodnie, że było warto!!!
mimo dobrych własności lotnych samych połówek postanowiłem skleić boomerang w jedną całość. chociażby ze względu na to, że po każdym rzucie zasuwałem 40-60 metrów na drugi koniec boiska. całość to boomer wracający, zaś połówki tworzą boomery dystansowe! :). wielofunkcyjna zabawka. klejenie trwało niedługo, ale nie wróciliśmy na boisko ze względu na instancje wyższą - mamusię. postanowiłem, więc zrobić drugi boomerang, nie wróżąc nowej spoinie długiego zycia. ołów jednak za bardzo go obciążył. jeden udało mi się wyjąć, ale przy wyjmowaniu drugiego niemal złamałem ramię booma, więc dałem sobie spokój. może będzie żył... :).
drugi już ma nieco mniej wyszukany kształt. ma trzy ramiona (i wszystko jasne, nie trzeba rozsyłać planów :), ale też jest cudowny. właśnie go pomalowałem (czy czarne lata? poprzedni był czerwony, ale się skonczył). jutro wam zdam relację z lotów. wybieram się o 9 rano, to może zdążę do obiadu :). tyle, że teraz będzie więcej do obrzucania. wiecie, jaki mi przyszedł pomysł? pomyślałem sobie, że warto by było zrobić nocne rzuty. to byłoby piękne. wmontuje się gdzieś 3 bateryjki do zegarka, 3 diodki i czadu! :))). już się nie mogę doczekać poniedziałku (wpadłem na to po rzutach, czyli po godzinie 14, czyli po zamknięciu zegarmistrza :(

perfekcyjny wyrzut na perfekcyjnym polu, paweł na wykoszonym lotnisku w jaworznie



kolejnym moim boomerangiem była carlotta. już troszkę o niej napisałem. to z nią przeżyłem mój... pierwszy raz. oczywiście pierwszy raz, kiedy złapałem boomera. (a o czym pomyśleliście he? :>). nie rozpiszę się już na jej temat tak bardzo, bo jej żywot był dość krótki. wpadła mi bowiem w pierwszym, albo drugim dniu rzucania za ogrodzenie pewnego bardzo miłego pana, który stwierdził, ze mu chciałem wybić szybę i zabrał mi narzędzie zbrodni. nie powiem, co o nim myślę. sami zgadnijcie, czemu!
carlotta żyła tak krótko, że nie zdążyłem nawet jej zeskanować ech...
pomalowałem ją na czarno z braku innego koloru. był to już drugi bumerang, który postanowiłem pomalować tylko sprayem. nie zdążyło mu to zrobic różnicy ;(. te dni, podczas których rzucałem były bardzo słoneczne, ziemia była miękka, a ja delikatny :D. udało mi się wiele razy złapać ją w rękę. była lekka, dzięki czemu nie bałem się tak bardzo, jak przy megaterium. poza tym była mniej powyginana :D. druga sprawa to wykonanie. megaterium wyciął mój tato. ja jedynie doszlifowałem krawędzie spływu, posprayowałem i... połamalem :D.
carlottę już osobiście od początku do końca sam zrobiłem.

tuż po zgubieniu carlotty skończył mi się materiał, co zmusiło mnie do kolejnego buszowania po necie. chciałem zamówić nową sklejkę, a tu trafia mi się strona julka. dowiaduję się tam paru rzeczy. następnie od niego samego dostaję linka do strony krzyśka. w ten sposób zawiazały się moje jedyne, jak dotad kontakty z osobami, podzielajacymi moje hobby i coś się na nim znajacymi (no, teraz, paweł, jesteś już w większym gronie; przyp. redakcji).
tutaj dowiaduję się, że boomerangi trzeba lakierować, a nie niszczyć :D. w ten sposób powstały równolegle dwa bumy: lambda i easy e. te żyją do dzisiaj, choć są nieco poszczerbione od rzutów w zimię. przy zamarzniętej ziemi boomerangi się szybko niszczą, choćby były nawet ze sklejki lotniczej ;(.
malowanie żywcem sciągnąłem od krzyśka. w galerii znajdziecie co i jak, he he. oba latały niezle do czasu wyszczerbienia. lambda była boomerangiem, który chciałem zrobić jak najlepiej. byłem też bardzo ciekawy jej zasięgu, który wydawał mi się kosmiczny. wydawał i był. pole, na którym rzucałem było duże, a mimo to czasem musiałem wkroczyć na sąsiednie. lecz się nieco zawiodłem. nie wracała nawet w okrąg o promieniu 20 metrów, a co dopiero do rączki. jedynie zasięg i czas lotu mnie podniecał. zdarzyło się parę rzutów, że byłem nawet bliski złapania, ale nadal dzieliło mnie od niego 3-5 metrów. niestety, już w trzecim dniu rzucania zostaliśmy z pola przegonieni ;(. bo zostało na nim coś zasiane. wtedy przyszedł czas na easy e. z niego na początku też nie byłem zadowolony. potem jednak nauczyłem się nim rzucać i łapałem go niemal raz za razem!!!


parę bumerangów z kolekcji pawła


kolejnym moim wybrykiem bylo echelle. ojej. nawet nie wiem, czy o nim wspominać. otóż wpadłem na pomysł, aby zrobić go z plexiglasu. pomysł okazał się być wielkim niewypałem, bo echelle z niego jest tak koszmarnie ciężkie, że mimo mocnego wyprofilowania go, leci jak cegła i nawet nie myśli zawracać. w zasadzie w ogóle nie zawraca, choćbym nie wiem jak się starał. dlatego po 10 rzutach rzuciłem je, ale w kąt. następnego dnia postanowiłem zmniejszyć nieco masę i nawierciłem masę otworów. aby nie zmniejszać powierzchni nośnej - dziury pieczołowicie zakleiłem taśmą samoprzylepną. nie zdało się to na nic. boomer jak nie wracał, tak nie wraca. to zadecydowało o jego aktualnym położeniu na półce, jako pamiątka jednego z pierwszy pomysłów niewypałów.
następny w kolejce był już sklejkowy lea. tego nie malowałem już bejcą. byłem tak szczęśliwy, że tuż po pokryciu go pierwszą warstwą lakieru pognałem na boisko go sprawdzić. rzucałem zawzięcie przez 3 godziny i udało mi się parę razy go złapać do ręki. to utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to możliwe bez pomocy wiatru i zadowolony z siebie wróciłem do domciu. kilka dni pózniej, a była to już zima, poszedłem któryś już raz z kolei porzucać, i po raz pierwszy zastosowałem oświetlenie w postaci świetlika wędkarskiego na spławiki. nie dało to za wspaniałych rezultatów. mimo totalnych ciemności zielone światełko poważnie się rozmywało, a kiedy boomer był odwrócony, nie szło go za nic wypatrzyć. najgorsze jednak było to, że obciążenie jednego ramienia spowodowało przemieszczenie się środka ciężkości i w efekcie "nie wracanie" lea. to nie wszystko! dodatkowo dokonało się (samo!! - przysięgam!! :D) wyszczerbienie jednego ramienia w skutek silnych spotkań 3 stopnia z glebą ;(.
ostatnimi dniami znalazłem nieco czasu na odkurzenie warsztatu. wziąłem podarowaną mi płytę hdf'u i wyciąłem z niej pieczołowicie moje kochane megaterium. wszystko pięknie, tylko, że tuż po wycięciu go rozmarzyłem się, wziąłem zamach taki, jak przy prawdziwym rzucie i wykonałem przecudny prawdziwy rzut, z dużą siłą... w podłogę. po raz pierwszy od dłuższego czasu zamarła mi buziuchna, a mama stojąca obok wybuchła gremialnym śmiechem. dodam tylko, że wyrzynałem z wywieszonym do pasa jęzorem i wbrew woli wszystkim domownikom :D. ponieważ boomerang był przeznaczony na prezent dla kolegi, wziąłem się za wyrysowywanie drugiego. tego już nie połamałem tak szybko :D.
dopiero następnego dnia... kolega rzucił nim dwa razy, potem ja raz. miałem jednak tego pecha, że widocznie zawiał boczny wiatr i wytrącił szybujące megaterium z lotu. w efekcie boomer powtórzył historię dwóch poprzednich. chyba przestanę tak zachwalać ten model :P

na podsumowanie tematu nieco moich ogólnych odczuć. uważam moje hobby za ciekawe nie tylko dla dzieci do lat 10. wręcz jest przeznaczone dla osób powyżej lat 18. związane jest to bowiem z odpowiedzialnością, jaką powinien wykazać się rzucający. boomerangi, to w dzisiejszych czasach wyłącznie zabawka, ale dawniej służyły do zabijania, albo chociaż ogłuszania ofiary. oczywiście nasze aktualne zabawki przejęły te mordercze cechy i mogą wyrządzić komuś krzywdę, wybić okno lub spowodować inne szkody materialne. nie bądzcie lekkomyślni!!! do rzucania wybierajcie wyludnione, przestronne tereny!
naturalnie boomerangi to nie tylko broń czy zabawka. taki bumerang jest wspaniałym prezentem, który można wykonać samemu. nie jest to wielką sztuką, pod warunkiem, że mamy odpowiednie narzędzia. bez nich się niestety ciężko obejść. w razie ich braku możecie popróbować po znajomych, albo w ostateczności poprosić jakiegoś pobliskiego stolarza. chociaż nigdy tego nie robiłem i wręcz śmiem wyrazić delikatny pesymizm, co do szansy sukcesu. wracające patyki można również przerobić na dzieło sztuki. możliwości jest bardzo dużo. można brać pod uwagę wrażenia wizualne w czasie lotu, bądz też statyczne - na ścianie. można pomalować go sprayem, bejcą, albo zostawić w naturalnym kolorze, jedynie zabezpieczając go lakierem. kolory są też dowolne. róbcie w ciapy, w paski, w kropki, jednokolorowe, wielokolorowe. jak macie cierpliwość, możecie też wykaligrafować na nich jakieś napisy bądz wzory. styl dowolny. widzicie sami, że jest mnóstwo rozwiązań. kształty, jakie możemy im nadać, też bywają zadziwiające. czy ktokolwiek, kto o boomerangach wie jedynie tyle, że wracają, mógł przypuszczać, jak różne mogą one być? raczej nie. bogactwo tematu jest tak wspaniałe, że bumerangi polecam każdemu! pomoga wyrobić umiejętności manualne, zmysł estetyczny, oraz kondycję fizyczną.
zwłaszcza ja! niech nikt nie myśli, że w tym hobby się stoi! tutaj trzeba się czasem porządnie nachodzić! już nie wspominam o rękach. nie poddajcie się za szybko, a sport ten da wam wiele, wiele radości!
pozdrowienia,
paweł

paweł olszewski, znany jest odwiedzającym forum jako "porshack". napisał ten artykulik w lutym 2003, i opublikował go po raz pierwszy na stronie krzyśka pietrzaka.




copyright © by independent boomerang bulletin 2004