|
paweł "porshack" olszewski
zacznę od przypisu dla wszystkich, którzy byli na zlocie, a
dostrzegą w tekscie jakieś nieprawidłowości: wiadomo pamięć ;-/
właśnie! zostawili żony, dziewczyny, dzieci i/lub naukę, aby spotkać
się, poznać osobiście, wymienić doświadczenia i przede wszystkich
chyba - pobawić. dla niewtajemniczonych mowa o pierwszym zlocie
polskich bumerangowców (edytor podkreśla to ostatnie... ależ
ten język jest ograniczony ;-)).
od czego zacząć opowiadać? od pomysłu! ten zrodził się już dawno,
lecz długo, długo pozostawał tylko mrzonką i pobożnym życzeniem.
złączył nas internet. "nie rozłączy nic" chciałoby się
powiedzieć :d niewątpliwie pierwszy był krzychu. on jako pierwszy
stworzył stronę, która jako matnia ;-) i mekka po kolei przyłączała/przyłącza
coraz to nowych zapaleńców ganiających w dziwnych miejscach za kawałkiem
czegoś, co powinno było wrócić :d niektórzy z nas znają temat od
bardzo dawna. inni jeszcze bardziej dawna
tylko zaraz jak im tam
bylo
? aborygeni czy jakos tak :d niewątpliwie zapalnikiem był lechu.
już od samego początku kiedy pojawił się na forum zaczeła się burza.
nagle przyłączyło się jeszcze kilka osób i temat zlotu stał się
jak najbardziej realny. odbyła się oczywista w takich wypadkach
burza, kto, kiedy, jak i gdzie, lecz koniec konców grupa sie zebrała.
nastały dni zlotu
data
mało ważna, kto by na to patrzył - 11/13 czerwca 2004 r. miejsce?
"farma 69" w pobliżu kopańca (okolice szklarskiej poręby).
nasze pole o zmierzchu...
najłatwiej chyba będzie mi ująć zlot moimi oczami. niestety innych
perspektyw nie zaposiadam :p tak też więc zrobię. jak to zwykle bywa,
moje przygotowanie było oszałamiające. rodzice wprost nie mogli uwierzyć,
kiedy ich syn o 4 rano zakomunikował, że jedzie na zlot i musi się
czym prędzej spakować. niestety akurat nie może znalezć pokrowca od
śpiwora i niewinnymi oczętami zachęca do wskazania miejsca jego ukrycia.
ich reakcję odda najlepiej jedno krótkie ale jakże obrazowe: szok!
o dziwo na zlocie mi niczego nie brakowało ;-) jedyny chyba problem,
który dzięki jerofiejewowi i gospodarzowi farmy przestał być problemem,
okazał się fakt, że nie wziąłem pieniążków. potem te odnalazły się
- okazało się, że włożyłem je do kieszeni krótkich spodenek po czym
inteligentnie dostosowując strój do pogody, przebrałem się w długie
spodnie. również te okazały się być jednak niewystarczające ;-( już
na samym początku zaczęło bowiem padać. kiedy dotarłem do jeleniej
góry, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie mogłem znalezć przy sobie
żadnych pieniędzy (miałem je, ale o tym nie wiedziałem
a że nikt mi
nie powiedział gdzie je mam to:
). "dziwne" - pomyślałem
beztrosko i kolejny raz tego dnia wykorzystując urok niewinnych oczu
wybadałem gdzie jest droga wylotowa w pożądanym przeze mnie kierunku.
heh
tu niestety moja beztroska dała mi w przysłowiową kość. liczyłem
na to, że zabiorę się "na stopa" i się przeliczyłem. co
w konsekwencji przyprawiło mi dodatkowych (okolo 10 km) na piechotkę
;d w ulewie
z piosenką na ustach i kciukiem prawej dłoni w górze.
mniami
zaczęło się bosko. w końcu pewien miły pan poratował przemokniętego
do cna młodzieńca i podwiózł mnie te parę km. zawsze to do przodu
;-) zostałem odstawiony już tylko 5 km od celu. pamietając z forum
o tym, ze hanbei (lechu), jero, krzysiek i juleks umówili się i przybyli
na teren zlotu dzień wcześniej, wykonałem telefon do jerofiejewa.
zastałem biedaka w tej jakże osobliwej i trudnej zarazem fazie dnia,
kiedy z mozołem usiłował otworzyć oczy. o nie! to żadna ironia!!!
wszyscy wiemy jak to bywa trudne po wieczorku zapoznawczym przy ognisku
i jakimś napoju gazowanym (nie dosłyszałem , ale domniemuję iż była
to charakterystyczna w takich sytuacjach coca-cola :p) usłyszałem
zaspany glos po czym sygnał sie urwał, a komórka się rozładowała :p
nie ma jednak oczywiście rzeczy
radość spotkania pozwoliła nam łyknąć fakt, że przy panującym wietrze
już pierwszego dnia 5 rangów zrezygnowało z towarzystwa naszej "komapniji"
|
|
| przemo "quasim", władca ognia
i kosiarek |
niewykonalnych dla pomysłowych bumerangowców! szybka burza mózgów
i ustalono położenie oraz przeznaczenie tajemniczego czarnego kawałka
plastiku z dwoma bolcami o tajemniczej .. mistycznej wręcz nazwie
- "charger" :p tak oto po kilku smsach i dosłownie paru
chwilach w deszczu (tym razem sobie gwizdałem) ujrzałem roześmiane
twarze lecha i krzycha. tak.. dobrze ten moment pamietam bo poza tymi
roześmianymi twarzami już niewiele zostało kontaktu z rzeczywistością.
jakiś samochód-błyskawica dowiózł mnie na miejsce i wreszcie! uffff
gorące, aczkolwiek bez wylewności, powitanie w wykonaniu trupio bladych,
półprzytomnych j&j (jero i juleksa) i zaczął się właściwy zlot!
zaczął się jak przystało na cywilizowanych (i sakramencko głodnych)
ludzi od przyzwoitego śniadanka :-) dojechały jeszcze dwie postacie
w postaci ;-) dzika, potem - quasima i wyszliśmy rozeznać się w terenie.
deszcz uniemożliwił skoszenie trawy na okolicznej łące, co zmusiło
nas poszukać miejsca odpowiedniego do rzutów nieco dalej. o zgrozo
matko nieświadomych! co się zaczeło dziać! początkowo zapobiegawcze
rzuty pierwszych odważnych - nic się nie stało, ale już parę chwil
potem wiatr i ściana drzew (a właściwiej: płaczu) dały o sobie znać.
pierwsi odważni, którzy rzucili mocniej wylądowali w poszukiwaniach
na drzewach. niektórzy, na ziemi z badylami próbowali strącić
yyy
zawieszone bumerangi
nie kolegów! ;d inni już tylko z załamaniem
na twarzy udawali się po kolejne swoje bumy ukrytą łezką żegnając
swych drewnianych przyjaciół, z którymi spędzili wiele wieczorów na
wesołej zabawie choć niekiedy nie było powodów do śmiechu. najgorsze
statystki miał dziku. minuta ciszy ku czci jego pracy wiszącej pewnie
do dziś na jakichś gałęziach. (my wcale nie jesteśmy nawiedzeni!!
a to nie jest żadna herezja!!! :p). poza tym julek i nieomal też ja
zostawiłem tam swoją cząstkę siebie.
tak oto odbyły się pierwsze loty na nieznanych pastwiskach tajemniczej
farmy
:d
 |
po powrocie priorytetem stało się zorganizowanie
warsztatu. miejsca, w którym mieliśmy niedługo potem spędzić nieco
czasu i wymienić praktyczne uwagi i techniczne triki ;-) sympatycznie
mijał czas na raznym rąbaniu sklejki (tak
a wy pewnie myśleliście,
że to takie proste - wyrżnąć bumerang
niedoczekanie!) po tym moczeniu
jej w przygotowanym przez lecha caponopodobnym ustrojstwie, oblatywaniu
i na koniec pokrywaniu wymyślnymi malowidłami. świat jest piękny,
ptaszki spiewają i niezauważenie zbliża się wieczór ;-) jeszcze
w międzyczasie (tego niestety konkretnie nie odnotowałem) wmieszał
się w towarzystwo sombrero z przyjaciółką ;-) zaskakując wszystkich
posiadanym juz dobytkiem (na forum to cicho siedział cwaniaczek
:d) w postaci kilku sprawnych bumerangów. odbyła się pyszna obiado-kolacja
w naprawdę wesołym towarzystwie, jero zebrał zamówienie na zakupy
i we dwóch udaliśmy się do pobliskiego sklepu. lechu wykończony
po naprawdę długiej podróży, delikatnie mówiąc miał prowadzenia
serdecznie dość więc odpowiedzialność kierowania autem spadła na
biednego jero. początkowo trudny teren i zmiana z zupelnie innego
samochodu sprawiły trudności, ale chwilę potem, o czym nasz drogi
lechu jeszcze nie wie, mkneliśmy już z zawrotną prędkością i muzyką
rozkręconą do bólu. hihihi ;-) zakupy dla całej gromadki trwały
chwileczkę więc kiedy wróciliśmy ognisko już było bardzo bliską
przyszlością. w tym momencie odciąłem się od towarzystwa by w ciszy
i spokoju zażyć przyjemności zwanej prysznicem. gdy wyszedłem, panował
już mrok i kilka ciemnych postaci zawzięcie gawędziło przy wesołych
płomyczkach ogniska.
o czym toczyły się rozmowy, jak smakowały kiełbaski i czym były
popijane nie wspomne ;-) natomiast nie sposób nie wspomnieć o pewnym
ciekawym akcencie. otóż około godziny 23:00, może troszkę pózniej,
quasim wstał i z tajemniczą miną zwrócił się do julka:
- to co julek? czas na niespodziankę? - po czym powoli nie spiesząc
się opuścili teren ogniska i udali się w kierunku pokojów. po chwili
rozgorzała już nowa rozmowa o strategicznym znaczeniu dla losów
swiata ;-) 10 minut pózniej ujrzeliśmy swiatło
i nastał dzień.
hehehe
nie - to nie był dzień. aż tak dużo kiełbasek nie zjedliśmy
;-d ale światło, które niewątpliwie skupiło naszą uwagę rozdzieliło
się na dwie kule ognia i zaczeło wirować. początkowo powoli, ale
coraz szybciej aż w ułamku sekundy zorientowałem się, że stoję z
niedomkniętą mordką i gapię się na skupionego quasima, który z niesamowitą
wręcz wprawą wymachiwał tymi kulami. zaczeły się przeróżne ewolucje.
staliśmy wszyscy jak wryci w totalnej ciszy tak zachwyceni, że nawet
kiedy pokaz już się skończył, chwilę trwało zanim zaczęły się gorące
słowa uznania. reszta wieczora upłynęła bez większych sensacji,
niemniej bardzo miło!
pi bip
pi bip
. pi bip
pi biiip
piii biiiiiiip
. piiiiii
- jero wyłącz to dziadostwo!!!
oto zapis uroczystego, a jakże!, rozpoczęcia następnego dnia. hahahaha
poczułem na własnej skórze co to znaczy brutalna pobudka. nim się
obejrzałem już jadłem śniadanie. trochę jeszcze słabo kontaktując,
wcinaliśmy pożywny posiłek. przez cały czas towarzyszyła nam stosunkowo
do pory żywa dyskusja. dzień postanowiliśmy zacząć od rzucania.
ponieważ dzień wcześniej podczas oblatywania straciłem dwa swieżo
wykonane bumerangi, osobiście nie zabawiłem długo na polu. szybko
przeniosłem się do warsztatu w celu wyrzynania :d nowe modele były
gotowe w miarę szybko. w międzyczasie każdego z osobna pochłoneły
prace. nie przeszkadzało to jednak w żadnym stopniu by podglądać
i wymieniać uwagi z innymi uczestnikami. ja sam wywiozłem z tego
zlotu mnóstwo doświadczeń, a wydaje mi się, niewiele zamęczałem
kolegów uciążliwymi pytaniami. no może czasem
;-)
trzeba uwzględnić jeszcze jeden, ważny element zlotu. otóż przyszło
nam ugościć uroczą kri i dwóch fotografów (nie powiem że uroczych,
żeby tu sobie nikt nic nie pomyślał, ale w porządeczku byli;-) jeden
z pania krysią przybył do nas reprezentując newsweek'a, drugi -
samotnie - legitymował się wizytówką przedstawiciela "wiedzy
i życia". krzychu z adrianem zadbali o to by goście nie tylko
przyglądali się ale również wzieli się do roboty :d w ten oto sposób
zaraziliśmy naszą pasją jedyną aktualnie aktywną przedstawicielkę
płci przeciwnej na naszym bumerangowym forum. jak widać sport ten
przyciąga nie tylko doskonale wysportowanych, umięśnionych adeptów
aerodynamiki i oczywiście z nietuzinkowym talentem artystycznym
jakimi niewątpliwie są uczestnicy tego elitarnego acz otwartego
na nowe talenty zlotu. ;-ddd
nasz stół uginał się pod brzemieniem jadła i napitku. ale
po tak ciężkiej harówie...
|
czas drugiego dnia zleciał w takim tempie, że nikt nawet nie zdążył
pomyśleć o zakupach ;-) powodem było chociażby sprzątanie warsztatu
i chyba dające się już we znaki zmęczenie. oczywiście ognisko się
odbyło mimo braku kiełbasek czy innych artykułów spożywczych wskazanych
dla uczczenia ostatniej nocy zlotu ;-) co więcej odbyło się w bardzo
dobrych nastrojach i zakończyło całkiem pózno. to chyba jest najlepszy
dowód na to, że nudno nie było!!! niestety nie mógł w nim uczestniczyć
sombrero ;-( siły wyższe zmusiły go do opuszczenia nas wieczorem.
huragan? może coś gorszego. bądz co bądz nie mógł :-(
wieczorem opuścił nas również quasim. egzaminy są niezawisłe. nie
było rozmowy. musiał.
 |
| komóra jeroka przerwała błogi sen pawła... |
następnego dnia, rano, komórka jero omal nie została przerobiona na
przemiał przemysłowy. gdy tylko się spostrzegł co się szykuje, mężnie
walcząc z zamkniętymi oczami i okowami niedoskonałego ciała ludzkiego
heroicznym wysiłkiem zdołał wyłączyć natretną bestię. po czym większość
z nas ponownie pogrążyła się we śnie. obudziłem się już całkiem niezle
wypoczęty ;-) (tu powinna być fotka :d,
redakcja coś znalazła, nie ma sprawy... przyp.red.). śniadanko, jakiś
prysznic, krótka rozmowa z gospodarzami, rozliczono, pakowanko i przyszło
się żegnać. hanbei zapakował furę, krzycha, jero, thoma i popedzili
ku jeleniej górze. natomiast reszta ekipy czyli ja, dziku i julek
dogadaliśmy się z przemiłym gospodarzem, który zawiózł nas do jeleniej,
a mnie właściwe pod sam dom. miał jakąś sprawę do załatwienia w moim
rodzinnym miasteczku.
zabawa była przednia. wrażenia nie do zatarcia! ogromnie się cieszę,
że mogłem się tam znalezć. czy ktokolwiek z uczestników pozwoli sobie
by odpuścić kolejny zlot? oooo na pewno nie!
(niestety, nie kto inny, a właśnie paweł nie dostąpił łaski niebios,
by zjawić się na kolejnym zlocie, o którym więcej w artykule krystyny
romanowskiej; przyp. red)
paweł "porshack" olszewski jest jednym
z najbardziej zamachowych miotaczy naszej grupy. tym samym jego
polem treningowym mogło stać się już tylko... lotnisko. poza tym,
jeśli ma czas, potrafi wyczarować niesłychane rzeczy na photoshopie.
efektem takich wieczorów jest fakt, iż niebawem
nasze logo zostanie zastąpione prawdziwą "jolly roger PBT"...
porshakową bazą w sieci jest: www.artadia.ow.pl/
|