independent boomerang bulletin
wydanie II/04 - pazdziernik/grudzień 2004 - I rok wydania - polska wersja jezykowa


relacja ze zlotu, czyli o kilku takich co im się pomieszało ;-)

paweł "porshack" olszewski

zacznę od przypisu dla wszystkich, którzy byli na zlocie, a dostrzegą w tekscie jakieś nieprawidłowości: wiadomo pamięć ;-/

właśnie! zostawili żony, dziewczyny, dzieci i/lub naukę, aby spotkać się, poznać osobiście, wymienić doświadczenia i przede wszystkich chyba - pobawić. dla niewtajemniczonych mowa o pierwszym zlocie polskich bumerangowców (edytor podkreśla to ostatnie... ależ ten język jest ograniczony ;-)).
od czego zacząć opowiadać? od pomysłu! ten zrodził się już dawno, lecz długo, długo pozostawał tylko mrzonką i pobożnym życzeniem. złączył nas internet. "nie rozłączy nic" chciałoby się powiedzieć :d niewątpliwie pierwszy był krzychu. on jako pierwszy stworzył stronę, która jako matnia ;-) i mekka po kolei przyłączała/przyłącza coraz to nowych zapaleńców ganiających w dziwnych miejscach za kawałkiem czegoś, co powinno było wrócić :d niektórzy z nas znają temat od bardzo dawna. inni jeszcze bardziej dawna… tylko zaraz jak im tam bylo…? aborygeni czy jakos tak :d niewątpliwie zapalnikiem był lechu. już od samego początku kiedy pojawił się na forum zaczeła się burza. nagle przyłączyło się jeszcze kilka osób i temat zlotu stał się jak najbardziej realny. odbyła się oczywista w takich wypadkach burza, kto, kiedy, jak i gdzie, lecz koniec konców grupa sie zebrała. nastały dni zlotu…
data… mało ważna, kto by na to patrzył - 11/13 czerwca 2004 r. miejsce? "farma 69" w pobliżu kopańca (okolice szklarskiej poręby).
nasze pole o zmierzchu...

najłatwiej chyba będzie mi ująć zlot moimi oczami. niestety innych perspektyw nie zaposiadam :p tak też więc zrobię. jak to zwykle bywa, moje przygotowanie było oszałamiające. rodzice wprost nie mogli uwierzyć, kiedy ich syn o 4 rano zakomunikował, że jedzie na zlot i musi się czym prędzej spakować. niestety akurat nie może znalezć pokrowca od śpiwora i niewinnymi oczętami zachęca do wskazania miejsca jego ukrycia. ich reakcję odda najlepiej jedno krótkie ale jakże obrazowe: szok! o dziwo na zlocie mi niczego nie brakowało ;-) jedyny chyba problem, który dzięki jerofiejewowi i gospodarzowi farmy przestał być problemem, okazał się fakt, że nie wziąłem pieniążków. potem te odnalazły się - okazało się, że włożyłem je do kieszeni krótkich spodenek po czym inteligentnie dostosowując strój do pogody, przebrałem się w długie spodnie. również te okazały się być jednak niewystarczające ;-( już na samym początku zaczęło bowiem padać. kiedy dotarłem do jeleniej góry, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie mogłem znalezć przy sobie żadnych pieniędzy (miałem je, ale o tym nie wiedziałem…a że nikt mi nie powiedział gdzie je mam to:…). "dziwne" - pomyślałem beztrosko i kolejny raz tego dnia wykorzystując urok niewinnych oczu wybadałem gdzie jest droga wylotowa w pożądanym przeze mnie kierunku. heh… tu niestety moja beztroska dała mi w przysłowiową kość. liczyłem na to, że zabiorę się "na stopa" i się przeliczyłem. co w konsekwencji przyprawiło mi dodatkowych (okolo 10 km) na piechotkę ;d w ulewie… z piosenką na ustach i kciukiem prawej dłoni w górze. mniami… zaczęło się bosko. w końcu pewien miły pan poratował przemokniętego do cna młodzieńca i podwiózł mnie te parę km. zawsze to do przodu ;-) zostałem odstawiony już tylko 5 km od celu. pamietając z forum o tym, ze hanbei (lechu), jero, krzysiek i juleks umówili się i przybyli na teren zlotu dzień wcześniej, wykonałem telefon do jerofiejewa. zastałem biedaka w tej jakże osobliwej i trudnej zarazem fazie dnia, kiedy z mozołem usiłował otworzyć oczy. o nie! to żadna ironia!!! wszyscy wiemy jak to bywa trudne po wieczorku zapoznawczym przy ognisku i jakimś napoju gazowanym (nie dosłyszałem , ale domniemuję iż była to charakterystyczna w takich sytuacjach coca-cola :p) usłyszałem zaspany glos po czym sygnał sie urwał, a komórka się rozładowała :p nie ma jednak oczywiście rzeczy
radość spotkania pozwoliła nam łyknąć fakt, że przy panującym wietrze już pierwszego dnia 5 rangów zrezygnowało z towarzystwa naszej "komapniji"

   przemo "quasim", władca ognia i kosiarek

niewykonalnych dla pomysłowych bumerangowców! szybka burza mózgów i ustalono położenie oraz przeznaczenie tajemniczego czarnego kawałka plastiku z dwoma bolcami o tajemniczej .. mistycznej wręcz nazwie - "charger" :p tak oto po kilku smsach i dosłownie paru chwilach w deszczu (tym razem sobie gwizdałem) ujrzałem roześmiane twarze lecha i krzycha. tak.. dobrze ten moment pamietam bo poza tymi roześmianymi twarzami już niewiele zostało kontaktu z rzeczywistością. jakiś samochód-błyskawica dowiózł mnie na miejsce i wreszcie! uffff… gorące, aczkolwiek bez wylewności, powitanie w wykonaniu trupio bladych, półprzytomnych j&j (jero i juleksa) i zaczął się właściwy zlot! zaczął się jak przystało na cywilizowanych (i sakramencko głodnych) ludzi od przyzwoitego śniadanka :-) dojechały jeszcze dwie postacie w postaci ;-) dzika, potem - quasima i wyszliśmy rozeznać się w terenie. deszcz uniemożliwił skoszenie trawy na okolicznej łące, co zmusiło nas poszukać miejsca odpowiedniego do rzutów nieco dalej. o zgrozo matko nieświadomych! co się zaczeło dziać! początkowo zapobiegawcze rzuty pierwszych odważnych - nic się nie stało, ale już parę chwil potem wiatr i ściana drzew (a właściwiej: płaczu) dały o sobie znać. pierwsi odważni, którzy rzucili mocniej wylądowali w poszukiwaniach na drzewach. niektórzy, na ziemi z badylami próbowali strącić… yyy zawieszone bumerangi … nie kolegów! ;d inni już tylko z załamaniem na twarzy udawali się po kolejne swoje bumy ukrytą łezką żegnając swych drewnianych przyjaciół, z którymi spędzili wiele wieczorów na wesołej zabawie choć niekiedy nie było powodów do śmiechu. najgorsze statystki miał dziku. minuta ciszy ku czci jego pracy wiszącej pewnie do dziś na jakichś gałęziach. (my wcale nie jesteśmy nawiedzeni!! a to nie jest żadna herezja!!! :p). poza tym julek i nieomal też ja zostawiłem tam swoją cząstkę siebie.
tak oto odbyły się pierwsze loty na nieznanych pastwiskach tajemniczej farmy… :d

po powrocie priorytetem stało się zorganizowanie warsztatu. miejsca, w którym mieliśmy niedługo potem spędzić nieco czasu i wymienić praktyczne uwagi i techniczne triki ;-) sympatycznie mijał czas na raznym rąbaniu sklejki (tak… a wy pewnie myśleliście, że to takie proste - wyrżnąć bumerang…niedoczekanie!) po tym moczeniu jej w przygotowanym przez lecha caponopodobnym ustrojstwie, oblatywaniu i na koniec pokrywaniu wymyślnymi malowidłami. świat jest piękny, ptaszki spiewają i niezauważenie zbliża się wieczór ;-) jeszcze w międzyczasie (tego niestety konkretnie nie odnotowałem) wmieszał się w towarzystwo sombrero z przyjaciółką ;-) zaskakując wszystkich posiadanym juz dobytkiem (na forum to cicho siedział cwaniaczek :d) w postaci kilku sprawnych bumerangów. odbyła się pyszna obiado-kolacja w naprawdę wesołym towarzystwie, jero zebrał zamówienie na zakupy i we dwóch udaliśmy się do pobliskiego sklepu. lechu wykończony po naprawdę długiej podróży, delikatnie mówiąc miał prowadzenia serdecznie dość więc odpowiedzialność kierowania autem spadła na biednego jero. początkowo trudny teren i zmiana z zupelnie innego samochodu sprawiły trudności, ale chwilę potem, o czym nasz drogi lechu jeszcze nie wie, mkneliśmy już z zawrotną prędkością i muzyką rozkręconą do bólu. hihihi ;-) zakupy dla całej gromadki trwały chwileczkę więc kiedy wróciliśmy ognisko już było bardzo bliską przyszlością. w tym momencie odciąłem się od towarzystwa by w ciszy i spokoju zażyć przyjemności zwanej prysznicem. gdy wyszedłem, panował już mrok i kilka ciemnych postaci zawzięcie gawędziło przy wesołych płomyczkach ogniska.
o czym toczyły się rozmowy, jak smakowały kiełbaski i czym były popijane nie wspomne ;-) natomiast nie sposób nie wspomnieć o pewnym ciekawym akcencie. otóż około godziny 23:00, może troszkę pózniej, quasim wstał i z tajemniczą miną zwrócił się do julka:
- to co julek? czas na niespodziankę? - po czym powoli nie spiesząc się opuścili teren ogniska i udali się w kierunku pokojów. po chwili rozgorzała już nowa rozmowa o strategicznym znaczeniu dla losów swiata ;-) 10 minut pózniej ujrzeliśmy swiatło… i nastał dzień. hehehe… nie - to nie był dzień. aż tak dużo kiełbasek nie zjedliśmy ;-d ale światło, które niewątpliwie skupiło naszą uwagę rozdzieliło się na dwie kule ognia i zaczeło wirować. początkowo powoli, ale coraz szybciej aż w ułamku sekundy zorientowałem się, że stoję z niedomkniętą mordką i gapię się na skupionego quasima, który z niesamowitą wręcz wprawą wymachiwał tymi kulami. zaczeły się przeróżne ewolucje. staliśmy wszyscy jak wryci w totalnej ciszy tak zachwyceni, że nawet kiedy pokaz już się skończył, chwilę trwało zanim zaczęły się gorące słowa uznania. reszta wieczora upłynęła bez większych sensacji, niemniej bardzo miło!
pi bip… pi bip…. pi bip… pi biiip … piii biiiiiiip…. piiiiii
- jero wyłącz to dziadostwo!!!
oto zapis uroczystego, a jakże!, rozpoczęcia następnego dnia. hahahaha… poczułem na własnej skórze co to znaczy brutalna pobudka. nim się obejrzałem już jadłem śniadanie. trochę jeszcze słabo kontaktując, wcinaliśmy pożywny posiłek. przez cały czas towarzyszyła nam stosunkowo do pory żywa dyskusja. dzień postanowiliśmy zacząć od rzucania. ponieważ dzień wcześniej podczas oblatywania straciłem dwa swieżo wykonane bumerangi, osobiście nie zabawiłem długo na polu. szybko przeniosłem się do warsztatu w celu wyrzynania :d nowe modele były gotowe w miarę szybko. w międzyczasie każdego z osobna pochłoneły prace. nie przeszkadzało to jednak w żadnym stopniu by podglądać i wymieniać uwagi z innymi uczestnikami. ja sam wywiozłem z tego zlotu mnóstwo doświadczeń, a wydaje mi się, niewiele zamęczałem kolegów uciążliwymi pytaniami. no może czasem … ;-)
trzeba uwzględnić jeszcze jeden, ważny element zlotu. otóż przyszło nam ugościć uroczą kri i dwóch fotografów (nie powiem że uroczych, żeby tu sobie nikt nic nie pomyślał, ale w porządeczku byli;-) jeden z pania krysią przybył do nas reprezentując newsweek'a, drugi - samotnie - legitymował się wizytówką przedstawiciela "wiedzy i życia". krzychu z adrianem zadbali o to by goście nie tylko przyglądali się ale również wzieli się do roboty :d w ten oto sposób zaraziliśmy naszą pasją jedyną aktualnie aktywną przedstawicielkę płci przeciwnej na naszym bumerangowym forum. jak widać sport ten przyciąga nie tylko doskonale wysportowanych, umięśnionych adeptów aerodynamiki i oczywiście z nietuzinkowym talentem artystycznym jakimi niewątpliwie są uczestnicy tego elitarnego acz otwartego na nowe talenty zlotu. ;-ddd

nasz stół uginał się pod brzemieniem jadła i napitku. ale po tak ciężkiej harówie...

czas drugiego dnia zleciał w takim tempie, że nikt nawet nie zdążył pomyśleć o zakupach ;-) powodem było chociażby sprzątanie warsztatu i chyba dające się już we znaki zmęczenie. oczywiście ognisko się odbyło mimo braku kiełbasek czy innych artykułów spożywczych wskazanych dla uczczenia ostatniej nocy zlotu ;-) co więcej odbyło się w bardzo dobrych nastrojach i zakończyło całkiem pózno. to chyba jest najlepszy dowód na to, że nudno nie było!!! niestety nie mógł w nim uczestniczyć sombrero ;-( siły wyższe zmusiły go do opuszczenia nas wieczorem. huragan? może coś gorszego. bądz co bądz nie mógł :-(
wieczorem opuścił nas również quasim. egzaminy są niezawisłe. nie było rozmowy. musiał.
komóra jeroka przerwała błogi sen pawła...
następnego dnia, rano, komórka jero omal nie została przerobiona na przemiał przemysłowy. gdy tylko się spostrzegł co się szykuje, mężnie walcząc z zamkniętymi oczami i okowami niedoskonałego ciała ludzkiego heroicznym wysiłkiem zdołał wyłączyć natretną bestię. po czym większość z nas ponownie pogrążyła się we śnie. obudziłem się już całkiem niezle wypoczęty ;-) (tu powinna być fotka :d, redakcja coś znalazła, nie ma sprawy... przyp.red.). śniadanko, jakiś prysznic, krótka rozmowa z gospodarzami, rozliczono, pakowanko i przyszło się żegnać. hanbei zapakował furę, krzycha, jero, thoma i popedzili ku jeleniej górze. natomiast reszta ekipy czyli ja, dziku i julek dogadaliśmy się z przemiłym gospodarzem, który zawiózł nas do jeleniej, a mnie właściwe pod sam dom. miał jakąś sprawę do załatwienia w moim rodzinnym miasteczku.
zabawa była przednia. wrażenia nie do zatarcia! ogromnie się cieszę, że mogłem się tam znalezć. czy ktokolwiek z uczestników pozwoli sobie by odpuścić kolejny zlot? oooo na pewno nie!

(niestety, nie kto inny, a właśnie paweł nie dostąpił łaski niebios, by zjawić się na kolejnym zlocie, o którym więcej w artykule krystyny romanowskiej; przyp. red)

paweł "porshack" olszewski jest jednym z najbardziej zamachowych miotaczy naszej grupy. tym samym jego polem treningowym mogło stać się już tylko... lotnisko. poza tym, jeśli ma czas, potrafi wyczarować niesłychane rzeczy na photoshopie.

 

efektem takich wieczorów jest fakt, iż niebawem nasze logo zostanie zastąpione prawdziwą "jolly roger PBT"...

porshakową bazą w sieci jest:
www.artadia.ow.pl/




copyright © by independent boomerang bulletin 2004