|
jak z wdziękiem rzucić białowieżę na kolana, czyli o drugim
zlocie pbt, krystyna "kri" romanowska
cele zlotu byly trzy: przyjechać, zobaczyc, rzucić (veni,
vidi, rzucić). wszystkie udalo sie zrealizować. byli tacy, co bili rekordy,
tacy, co strugali i wreszciei tacy, co czesali kasę. wszyscy za to się
niezle bawili. lecz zacznijmy od początku:
veni
- kierujcie się w stronę księżyca - błyskotliwie poradził thomowi przez
słuchawkę trochę już mało przytomny przemo, kiedy na resztkach sił i nerwćw
większa część polish boomerang team wjeżdżała w uśpione dróżki Białowieży.
Kierunek okazał się mylny. kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca zgrupowania
- chaty pod żubrem (jelenie rogi, wypchane ptaki i generalnie myśliwski
dizajn na ścianach) i usiedliśmy przy szczodrze zastawionych stołach -
jak wy nic nie jecie - przekonywała nas gospodyni - było koło 24. reszta
wieczoru upłyneła na merytorycznych dyskusjach bumerangowych i na nie
mniej rzeczowych opowiastkach dotyczacych sposobu zakończenia kwestii
"eks-gwiazdy telewizyjnej podającej się za wielkiego miłośnika przyrody,
a bedącego w rzeczywistości ni mniej ni więcej tylko popolitym myśliwym",
ktćra to eks - gwiazda miała swoja obecnością zaszczycić niedzielne żubrowisko.
po kilku godzinach uspokojeni wizją wymyślnych mąk, ktćre zostaną mu jutro
zadane (przy pomocy bumernagów również), poszliśmy spać.
vidi
- jak wy nic nie jecie - poinformowała nas na dzień dobry w sobotę nasza
zacna gospodyni. wobec takich słćw nie pozostało nam nic innego, jak tylko
uznać pierwszy dzień zlotu za rozpoczęty. niektórzy rozpoczeli go od spaceru
po podlaskich łąkach i robienia wyjątkowo osobistych zdjęć (ja), inni
- od spotkania z podlaskim żubrem, który po fałszywo-podstępnym alarmie
hanbei, przy bliższym obejrzeniu okazał się dorodna kobyłką gospodarza
(maniek, przemo, qba, thom). czesc pbt poszła na pole porzucać (lulex,
przemo, maniek), a inni - zrobili rekonesans okolic bialowieskiego muzeum
przyrody, gdzie zubrowisko już się zaczynało.
muzeum przyrody w białowieży mieści się w miejscu dawnego carskiego pałacu
wysadzonego przez polskich saperów w 1960 r. na rozkaz ówczesnych bezrozumnych
władz komunistycznych. w srodku jest swietna sala konferencyjna dla 100
osób, gdzie nastepnego dnia hanbei miał wygłosić swój decydujący (w sobotę
jeszcze tego nie wiedzeliśmy, dzisiaj - już wiemy) dla rozwoju polskiego
bumiarstwa, odczyt. dla nas najwazniejszy był jednakowoż w tamtej chwili
porządny stół do strugania, bo w sobotę przez cały dzień pbt miało strugać
i uczyć strugania oraz rzucać i uczyć rzucania. stół wprawdzie okazał
się niegodny swego miana, ale i na nim udało się szybko i zręcznie sporządzić
warsztat pracy. przy stole natychmiast zaroiło się od przyszłych (za jakieś
15 lat) tuzów tego sportu - to nic, że na razie mieli po pięć lat i wypłakiwali
się mamusi i tatusiowi w rękaw, prosząc o kupienie bumerangu. kupienie
bumerangu???? alez tak, to nie pomyłka...gdyz tuz obok warsztatu, gdzie
każdy za darmo mógł sobie zrobić ślicznego buma, a także oblatać go pod
czujnym i wprawnym okiem pbt-owskiej ekipy (jako świetnych trenerów z
wybitnym podejściem do dzeici wyróżniłabym przema,mańka i hanbei) - ustawił
się ze swoim skromnym, lecz jakże wdzięcznym kramikiem, jero. czego on
tam nie miał... same francuskie cudeńka po baaaaaardzo korzystnych cenach.
- bardzo prosze, pytajcie, dotykajcie, wcale nie musicie kupowac, odpowiem
na wszystkie wasze pytania - zachęcał jero swoim niskim aksamitnym głosem,
który doprowadzał dorastające wyciagające ręce po bumy, dziewczęta, do
nerwowego chichotu. zmysłowy tembr, korzystne ceny, bogata oferta, a także
apetyt pobudzony przez pracujący nieustannie obok warsztat bumowy, okazły
się na tyle skuteczne i kompatybilne, że jero nawet się nie spostrzegł,
a już prawie wszystkie bumy miał sprzedane.
podczas gdy on rozwijał się merkantylnie, na położonej trzysta metrćw
dalej malowniczej łączce (niestety, była otoczona drzewami, co powodowało,
że wiatr nie bardzo mógł się zdecydować, z którego kierunku wiać), ci,
którzy nie nadzorowali strugania, rzucali. nieoficjalnie wiadomo, że w
tamto sobotnie popołudnie padł rekord pbt w rzucie MTA. niestety, rekordzista,
zastrzegł anonimowość (przez wrodzona skromność i niechęć do efekciarstwa
zapewne :)))))) etego też dnia okazało się, że jest takie drzewo, po lewej
stronie pola, które magicznie przyciąga bumerangi. w sobote powiesił na
nim buma maniek, w niedzielę podobnie zdarzy się też krzychowi. ale najwiekszą
stratę odczuje ojciec rodziny, który po pierwszym i jedynym (powtarzam:
po pierwszym i jedynym) rzucie zawiesi na drzewie ślicznego seledynowego
foxa, kupionego po korzystnej cenie u jeroka. gdyby to nie był park narodowy,
niektórzy już dzwoniliby po jakiegoś drwala.
koło 17 warsztat i kramik jera został zwinięty i pojechaliśmy na obiad
(znowu zupełnie nic a nic nie zjedliśmy, a była to babka ziemniaczana).
i wtedy przyszedl do nas radek z ania, który zachwycił nas bumami z kosmicznych
tworzyw, których nazw nie pamiętam :))) w każdym razie wyglądały pięknie,a
w niedzielę okazało się, że równie pięknie latają. potem przyjechał krzychu,
po pomyślnie zdanym egzaminie. no, i wieczór miał nam upłynąć kulturalnie,
a nawet zmysłowo na koncercie justyny steckowskiej w ramach żubrowiska.
ale pbt zdecydowało się na bardziej wysublimowaną rozrywkę: reszta wieczoru
upłyneła na merytorycznych dyskusjach bumernagowych i na nie mniej rzeczowych
opowiastkach dotyczacych sposobu zakończenia kwestii "eks-gwiazdy
telewizyjnej podającej się za wielkiego miłośnika przyrody, a bedącego
w rzeczywistości ni mniej ni więcej tylko popolitym myśliwym". po
kilku godzinach uspokojeni wizją wymyślnych mąk, ktćre zostaną mu zadane
(przy pomocy bumernagów również), poszliśmy spać. wszyscy, oprócz jera,
który o 3 w nocy musiał wracać do krakowa, żeby poświęcić się sztuce i
zagrać cyryla w iwonie, ksieżniczce burgunda. wszyscy, oprócz qby, który
się biedaczek, rozchorował.
rzucić (na kolana)
- szanowni słuchacze- rozpoczał wykład profesor fraktal i świat wydał
mu się nagle prosty i nieskomplikowany. - świat wydał mi się prosty i
nieskomplikowany - powiedział profesor fraktal. i zaczal mówić.
wykład profesora fraktala (właśnie o fraktalach, ale proszę mnie nie pytać,
co to jest - bo nie zrozumiałam) odbywał się nie wiedzieć czemu w ramach
żubrowiska i niech żałują wszyscy ci, którzy go nie sluchali (thom, jero,
qba). z każdą minutą wykładu świat stawał się coraz bardziej trudny i
skomplikowany. mało brakowałoby, a publiczność w tej ciemności i skomplikowaności
świata, nie znalazłaby drogi wyjścia z sali, gdy nagle profesor niespodziewanie
zakończył swoje szaleństwo.
i kiedy profesor zszedł ze sceny, nikt już nie chciał z sali wychodzić.
miejsce bowiem za pulpitem wykładowcy - obok dyskretnie postawionego w
kącie wypchanego żubra - zajął hanbei i zaczął mówić: jasno i przejrzyście
o nieznanej historii bumerangu. i niech żalują wszyscy ci, co nie słyszeli
(thom, jero, qba). słuchacze siedzieli z otwartymi ustami, kiedy prelegent
zręcznie żonglował faktami i datami z historii i prehistorii bumerangów,
okraszając je sowicie slajdami. kiedy podniół w górę kopię seniora, wykonaną
przez przemo (a suszoną suszarką do włosćw na kwadrans przed wyjściem),
towarzystwo siedzące na sali wydało jęk zachwytu. no, może troche przesadziłam
:))) w każdym razie prelekcja była bardzo udana, chociaz, jak się pózniej
wszyscy zgodzili, zabrakło w niej współczesnego wątku bumiarskiego. no,
ale pierwsze koty... itd.
no, i potem sie zaczęło. zainteresowała się nami telewzja regionalna,
radio, prasa i inne multimedia ;))) bardziej nawet niż indianami, którzy
nie byli zbyt mili, bo zbyt komercyjni. może nawet bardziej niż pewnym
znanym artystą i podróżnikiem z suwalszczyzny, którego wystawę otwarto
w ramach tej imprezy. wywiady (hanbei, jero), autografy (wszyscy), zaproszenia
... jednym słowem: slawa, prosze panstwa.
i co było dalej? dalej, w niedzielny wieczór rzucaliśmy do zmroku, aż
ktoś się w końcu zorientował, że "eks-gwiazda telewizyjna podająca
się za wielkiego miłośnika przyrody, a bedąca w rzeczywistości ni mniej
ni więcej tylko popolitym myśliwym" nie przybyła na żubrowisko, bo
zachorowała. wobec tego, nie mieliśmy już w białowieży nic do roboty.
nie pozostawało więc, jak rzucić jeszcze raz .... okiem na przepiekne
czerwono-złote sędziwe dęby i spakować drewno do toreb.... tak też zrobiliśmy.
zamiast końca
kiedy za kilka lat, podczas oglądania w tv mistrzostw świata w rzucaniu
bumerangałmi na Gwadelupie, patrząc na twarz mistrza świata np. w trick
catchu, rozpoznamy niewinny buziaczek chłopczyka, któremu jero w 2004
r. sprzedał buma przed muzeum przyrody w bialowieży, to znaczy, że się
udało. ale żeby nie brzmiało to sentymentalnie, to lepiej byłoby, żeby,
zamiast chłopczyka z białowieży, na podium stał który(a)ś z nas. albo
najlepiej - wszyscy.
rzućcie okiem na zdjęcia kri z naszego zlotu w białowieży. są na
galerze!
|
krystyna "kri" romanowska nie jest
już jedyną kobietą w naszym kręgu, lecz wciąż ma nadzieję, iż ta
część grona stanie się bardziej liczebną. na ile popadła w obłęd
bumerangowy świadczy fakt, iż porzuciła swoją dobrze płatną dziennikarską
posadę w "newsweek polska" dla pracy w naszym magazynie
;o)))
|
|
|