independent boomerang bulletin
wydanie II/04 - pazdziernik/grudzień 2004 - I rok wydania - polska wersja jezykowa


bumerangowy fraktal


jak z wdziękiem rzucić białowieżę na kolana, czyli o drugim zlocie pbt, krystyna "kri" romanowska

cele zlotu byly trzy: przyjechać, zobaczyc, rzucić (veni, vidi, rzucić). wszystkie udalo sie zrealizować. byli tacy, co bili rekordy, tacy, co strugali i wreszciei tacy, co czesali kasę. wszyscy za to się niezle bawili. lecz zacznijmy od początku:

veni

- kierujcie się w stronę księżyca - błyskotliwie poradził thomowi przez słuchawkę trochę już mało przytomny przemo, kiedy na resztkach sił i nerwćw większa część polish boomerang team wjeżdżała w uśpione dróżki Białowieży. Kierunek okazał się mylny. kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca zgrupowania - chaty pod żubrem (jelenie rogi, wypchane ptaki i generalnie myśliwski dizajn na ścianach) i usiedliśmy przy szczodrze zastawionych stołach - jak wy nic nie jecie - przekonywała nas gospodyni - było koło 24. reszta wieczoru upłyneła na merytorycznych dyskusjach bumerangowych i na nie mniej rzeczowych opowiastkach dotyczacych sposobu zakończenia kwestii "eks-gwiazdy telewizyjnej podającej się za wielkiego miłośnika przyrody, a bedącego w rzeczywistości ni mniej ni więcej tylko popolitym myśliwym", ktćra to eks - gwiazda miała swoja obecnością zaszczycić niedzielne żubrowisko. po kilku godzinach uspokojeni wizją wymyślnych mąk, ktćre zostaną mu jutro zadane (przy pomocy bumernagów również), poszliśmy spać.

vidi

- jak wy nic nie jecie - poinformowała nas na dzień dobry w sobotę nasza zacna gospodyni. wobec takich słćw nie pozostało nam nic innego, jak tylko uznać pierwszy dzień zlotu za rozpoczęty. niektórzy rozpoczeli go od spaceru po podlaskich łąkach i robienia wyjątkowo osobistych zdjęć (ja), inni - od spotkania z podlaskim żubrem, który po fałszywo-podstępnym alarmie hanbei, przy bliższym obejrzeniu okazał się dorodna kobyłką gospodarza (maniek, przemo, qba, thom). czesc pbt poszła na pole porzucać (lulex, przemo, maniek), a inni - zrobili rekonesans okolic bialowieskiego muzeum przyrody, gdzie zubrowisko już się zaczynało.

muzeum przyrody w białowieży mieści się w miejscu dawnego carskiego pałacu wysadzonego przez polskich saperów w 1960 r. na rozkaz ówczesnych bezrozumnych władz komunistycznych. w srodku jest swietna sala konferencyjna dla 100 osób, gdzie nastepnego dnia hanbei miał wygłosić swój decydujący (w sobotę jeszcze tego nie wiedzeliśmy, dzisiaj - już wiemy) dla rozwoju polskiego bumiarstwa, odczyt. dla nas najwazniejszy był jednakowoż w tamtej chwili porządny stół do strugania, bo w sobotę przez cały dzień pbt miało strugać i uczyć strugania oraz rzucać i uczyć rzucania. stół wprawdzie okazał się niegodny swego miana, ale i na nim udało się szybko i zręcznie sporządzić warsztat pracy. przy stole natychmiast zaroiło się od przyszłych (za jakieś 15 lat) tuzów tego sportu - to nic, że na razie mieli po pięć lat i wypłakiwali się mamusi i tatusiowi w rękaw, prosząc o kupienie bumerangu. kupienie bumerangu???? alez tak, to nie pomyłka...gdyz tuz obok warsztatu, gdzie każdy za darmo mógł sobie zrobić ślicznego buma, a także oblatać go pod czujnym i wprawnym okiem pbt-owskiej ekipy (jako świetnych trenerów z wybitnym podejściem do dzeici wyróżniłabym przema,mańka i hanbei) - ustawił się ze swoim skromnym, lecz jakże wdzięcznym kramikiem, jero. czego on tam nie miał... same francuskie cudeńka po baaaaaardzo korzystnych cenach. - bardzo prosze, pytajcie, dotykajcie, wcale nie musicie kupowac, odpowiem na wszystkie wasze pytania - zachęcał jero swoim niskim aksamitnym głosem, który doprowadzał dorastające wyciagające ręce po bumy, dziewczęta, do nerwowego chichotu. zmysłowy tembr, korzystne ceny, bogata oferta, a także apetyt pobudzony przez pracujący nieustannie obok warsztat bumowy, okazły się na tyle skuteczne i kompatybilne, że jero nawet się nie spostrzegł, a już prawie wszystkie bumy miał sprzedane.

podczas gdy on rozwijał się merkantylnie, na położonej trzysta metrćw dalej malowniczej łączce (niestety, była otoczona drzewami, co powodowało, że wiatr nie bardzo mógł się zdecydować, z którego kierunku wiać), ci, którzy nie nadzorowali strugania, rzucali. nieoficjalnie wiadomo, że w tamto sobotnie popołudnie padł rekord pbt w rzucie MTA. niestety, rekordzista, zastrzegł anonimowość (przez wrodzona skromność i niechęć do efekciarstwa zapewne :)))))) etego też dnia okazało się, że jest takie drzewo, po lewej stronie pola, które magicznie przyciąga bumerangi. w sobote powiesił na nim buma maniek, w niedzielę podobnie zdarzy się też krzychowi. ale najwiekszą stratę odczuje ojciec rodziny, który po pierwszym i jedynym (powtarzam: po pierwszym i jedynym) rzucie zawiesi na drzewie ślicznego seledynowego foxa, kupionego po korzystnej cenie u jeroka. gdyby to nie był park narodowy, niektórzy już dzwoniliby po jakiegoś drwala.

koło 17 warsztat i kramik jera został zwinięty i pojechaliśmy na obiad (znowu zupełnie nic a nic nie zjedliśmy, a była to babka ziemniaczana). i wtedy przyszedl do nas radek z ania, który zachwycił nas bumami z kosmicznych tworzyw, których nazw nie pamiętam :))) w każdym razie wyglądały pięknie,a w niedzielę okazało się, że równie pięknie latają. potem przyjechał krzychu, po pomyślnie zdanym egzaminie. no, i wieczór miał nam upłynąć kulturalnie, a nawet zmysłowo na koncercie justyny steckowskiej w ramach żubrowiska. ale pbt zdecydowało się na bardziej wysublimowaną rozrywkę: reszta wieczoru upłyneła na merytorycznych dyskusjach bumernagowych i na nie mniej rzeczowych opowiastkach dotyczacych sposobu zakończenia kwestii "eks-gwiazdy telewizyjnej podającej się za wielkiego miłośnika przyrody, a bedącego w rzeczywistości ni mniej ni więcej tylko popolitym myśliwym". po kilku godzinach uspokojeni wizją wymyślnych mąk, ktćre zostaną mu zadane (przy pomocy bumernagów również), poszliśmy spać. wszyscy, oprócz jera, który o 3 w nocy musiał wracać do krakowa, żeby poświęcić się sztuce i zagrać cyryla w iwonie, ksieżniczce burgunda. wszyscy, oprócz qby, który się biedaczek, rozchorował.

rzucić (na kolana)

- szanowni słuchacze- rozpoczał wykład profesor fraktal i świat wydał mu się nagle prosty i nieskomplikowany. - świat wydał mi się prosty i nieskomplikowany - powiedział profesor fraktal. i zaczal mówić.

wykład profesora fraktala (właśnie o fraktalach, ale proszę mnie nie pytać, co to jest - bo nie zrozumiałam) odbywał się nie wiedzieć czemu w ramach żubrowiska i niech żałują wszyscy ci, którzy go nie sluchali (thom, jero, qba). z każdą minutą wykładu świat stawał się coraz bardziej trudny i skomplikowany. mało brakowałoby, a publiczność w tej ciemności i skomplikowaności świata, nie znalazłaby drogi wyjścia z sali, gdy nagle profesor niespodziewanie zakończył swoje szaleństwo.

i kiedy profesor zszedł ze sceny, nikt już nie chciał z sali wychodzić. miejsce bowiem za pulpitem wykładowcy - obok dyskretnie postawionego w kącie wypchanego żubra - zajął hanbei i zaczął mówić: jasno i przejrzyście o nieznanej historii bumerangu. i niech żalują wszyscy ci, co nie słyszeli (thom, jero, qba). słuchacze siedzieli z otwartymi ustami, kiedy prelegent zręcznie żonglował faktami i datami z historii i prehistorii bumerangów, okraszając je sowicie slajdami. kiedy podniół w górę kopię seniora, wykonaną przez przemo (a suszoną suszarką do włosćw na kwadrans przed wyjściem), towarzystwo siedzące na sali wydało jęk zachwytu. no, może troche przesadziłam :))) w każdym razie prelekcja była bardzo udana, chociaz, jak się pózniej wszyscy zgodzili, zabrakło w niej współczesnego wątku bumiarskiego. no, ale pierwsze koty... itd.

no, i potem sie zaczęło. zainteresowała się nami telewzja regionalna, radio, prasa i inne multimedia ;))) bardziej nawet niż indianami, którzy nie byli zbyt mili, bo zbyt komercyjni. może nawet bardziej niż pewnym znanym artystą i podróżnikiem z suwalszczyzny, którego wystawę otwarto w ramach tej imprezy. wywiady (hanbei, jero), autografy (wszyscy), zaproszenia ... jednym słowem: slawa, prosze panstwa.

i co było dalej? dalej, w niedzielny wieczór rzucaliśmy do zmroku, aż ktoś się w końcu zorientował, że "eks-gwiazda telewizyjna podająca się za wielkiego miłośnika przyrody, a bedąca w rzeczywistości ni mniej ni więcej tylko popolitym myśliwym" nie przybyła na żubrowisko, bo zachorowała. wobec tego, nie mieliśmy już w białowieży nic do roboty. nie pozostawało więc, jak rzucić jeszcze raz .... okiem na przepiekne czerwono-złote sędziwe dęby i spakować drewno do toreb.... tak też zrobiliśmy.

zamiast końca

kiedy za kilka lat, podczas oglądania w tv mistrzostw świata w rzucaniu bumerangałmi na Gwadelupie, patrząc na twarz mistrza świata np. w trick catchu, rozpoznamy niewinny buziaczek chłopczyka, któremu jero w 2004 r. sprzedał buma przed muzeum przyrody w bialowieży, to znaczy, że się udało. ale żeby nie brzmiało to sentymentalnie, to lepiej byłoby, żeby, zamiast chłopczyka z białowieży, na podium stał który(a)ś z nas. albo najlepiej - wszyscy.


rzućcie okiem na zdjęcia kri z naszego zlotu w białowieży. są na galerze!

krystyna "kri" romanowska nie jest już jedyną kobietą w naszym kręgu, lecz wciąż ma nadzieję, iż ta część grona stanie się bardziej liczebną. na ile popadła w obłęd bumerangowy świadczy fakt, iż porzuciła swoją dobrze płatną dziennikarską posadę w "newsweek polska" dla pracy w naszym magazynie ;o)))




copyright © by independent boomerang bulletin 2004