|
28-30 VII trefriw boomerang festival - czyli jak jerofiejew
zamoczył sobie buty na walijskiej łące, adrian "jerofiejew"
perdjon
19.30 - andover to basingstoke (19.36)
19.44 - basingstoke to wolverhampton (22.08)
23.10 - wolverhapton to llandudno junction (01.09)
bez żalu zostawiłem za sobą sklep
meblowy w andover i udałem się na spotkanie z brytyjskimi bumiarzami.
o godzinie pierwszej w nocy znalazłem się na dworcu, z którego miał mnie
odebrać "główny sekretarz" brytyjskiego stowarzyszenia bumerangowego,
sean mcKenna-slade. powitał mnie dojrzały mężczyzna ubrany w niebieską
koszulkę
z ogromym bumerangiem na piersi. i już wiedziałem gdzie jestem!
krótkie powitanie i już pędzimy autem między wzgórzami walii. samochód
wypełniała muzyka ulubionej kapeli sean'a - sex pistols. bałem
się, że nie dogadam się z "panem sekretarzem"
moje obawy były
bezzasadne i cała podróż upłynęła nam na rozmowie
oczywiście
o bumach.
dowiedziałem się także, że będę spał w domu gospodarzy całej imprezy jay'a
butters'a i jego żony gill.
gdy doatarliśmy na miejsce oniemiałem! dom jay'a okazał się świątynią
bumerangu. ściany przyozdabiały wszelkiej maści powracające patyczki.
patyczki z całego świata i od każdego z wielkich znanych mi "strugaczy"!!!.
główne miejsce domu
kuchnię, zdobił regał bumerangów jay'a. było ich
około 200 sztuk, każdy wykonany z litego drewna gałęzi o kształcie buma.
tak kochani, jay spędza wolny czas na bieganiu po lesie w poszukiwaniu
krzywych gałęzi ;o). poczęstowany "fajką pokoju" do czwartej
nad ranem dyskutowałem z komitetem powitalnym (tylko 3 dotrwało w oczekiwaniu
do drugiej w nocy) o naszej wspólnej pasji. gdy wylądowałem w łóżku, nie
mogłem się oprzeć pokusie podzielenia się moją radością z resztą PBT,
chłopaki (a zwlaszcza julek)
sorry za smsy o 4 nad ranem ;o)
następnego dnia rano obudził mnie zapach swieżej kawy i rozmowy dobiegające
zza ściany. pojawiwszy się na śniadaniu poznałem całą ekipę jaka zawitała
na zlocie. i tu kolejne zaskoczenie: średnia wieku 40!!! poza angielskimi
miotaczami (w tym adam mcLaughlin - brytyjski rekordzista LD), swoją obecnością
zaszczycili festiwal miotacze z niemiec, danii i francji. powitaniom i
rozmowom nie byłoby końca, gdyby nie jay, który ogłosił festiwal za otwarty
i zaprosił nas na pakę ciężarówki, która zawiozła nas na pole. zapakowałem
swojego bumbaga, wbiłem się w jedyne buty, jakie miałem (o zgrozo!!!)
i udałem się na zawody.
 |
pole okazało się wielką trawiastą łaką, na której wykoszono ogromne koła
i postawiono wielki namiot dla miotaczy. wszystko zgodnie z wymogami profesjonalnych
zawodów. nie czekając na resztę chwyciłem swoje patyczki i razem z seanem
poszedłem testować warunki pogodowe. a trzeba wam wiedzieć, że walia to
nie tylko książę karol, owce i góry
. walia to także deszcz i wiatr!!!
i to nie byle jaki zefirek, tylko naprawdę ostre dmuchanie. gdy znalazłem
się w centrum jednego z kół (1 z 3) zrozumiałem dlaczego wszyscy śmiali
się z moich skórzanych półbutów. zrozumiałem to w chwili, gdy pierwsza
fala wodnistego błota zalała mi palce u stop. jedyne, co mogłem zrobić,
to zaakceptować ten stan. zaakceptowalem! a jak? ;o)
zawody przebiegły bez większych emocji. żadnych rekordów ani skandali
z dewastacją cudzego sprzętu. pomijając uciekające przed bumami stada
owiec
można by powiedzieć
nuda. ale dla mnie była to najlepsza zabawa
w życiu (o jerok, to było już po zlocie w kopańcu - poczekaj no! przyp.red.).
nie wykazałem się zbytnio w żadnej z konkurencji (nie, no teraz to
naprawdę nawarzyłeś sobie piwa... przyp.red.), ale za to dowiedziałem
się do czego służą gumki-recepturki, ołowiana taśma i lotki z taśmy izolacyjnej
;o). gdybym wiedział to od początku
. pokazałbym angolom gdzie raki zimują
;o)
pierwszy dzień zawodów zakończył się kanapką z serem i wielką radochą
z mokrych butów jeroka oraz jego spodni uwalonych owczym guanem. no cóż
nie zuważyłem w czym lądowałem łapiąc buma w "konsekwentnym łapaniu".
wieczorkiem było już bardziej przyjemnie. buty i spodnie suszyły się koło
pieca, a my zajadaliśmy się grillowanymi burgerami z jagnięciny - specjalnością
seana. polała się również wódeczka (czyżby kupiona na wieść o polaku na
zlocie? ;o)). noc upłynęła na zacieśnianiu więzi, opowiadaniu dowcipów
w kilku językach, zabawie w "szymon mówi" i odprowadzeniu niektórych
w kierunku ich łóżek. no cóż, rzucać to oni może i potrafią
z piciem
gorzej. ostatecznie jako ostatni opuściłem ognisko i zgasiłem swiatło
w kuchni. ahhh
te bumerangi jay'a.
kolejny dzień zawodów to była dla mnie prawdziwa męka. wiało niemiłosiernie!!!
w niektórych konkurencjach za bumerangami łatwiej byłoby jezdzić rowerem,
tak je znosiło. nie zmieniło to faktu, że profesjonalne zawody to świetna
okazja do podpatrzenia sprzętu wroga. i tu kolejne zaskoczenie! europejskie
bumerangi niewiele różnią się od słowiańskich patyczków. te same materiały,
szlify, kształty... nawet bumbagi tak samo improwizowane. zaskakująca
jest za to umiejętność wyspiarzy w poskramianiu wiatru. zdają się oni
być panami tego żywiołu. a niektórzy z nich chyba nigdy nie słyszeli o
bezwietrznej pogodzie. muszę przyznać, że to spostrzeżenie dało mi wiele
do myślenia. tak naprawdę liczą się umiejętności... nawet najlepsze modele
nie pokażą swoich możliwości, jeśli nie miota nimi fachowiec.
szczęściu mojemu nie byłoby końca, gdyby nie konieczność powrotu do pracy.
niestety, kapitalizm to bezlitosny skubaniec. pomimo wolnego poniedziałku
(bank holliday)
musiałem otworzyć mój sklep następnego dnia o 9 rano (bo szef miał
miał bank holliday; przyp.red.). chciał nie chciał, musiałem pożegnać
się z nowo poznaną ekipą i pojechać na dworzec.
na zakończenie nauczyłem się zasad "bumerangowego krykieta",
zespołowej gry z bumerangiem w roli glównej. rozdałem kilka naszywek PBT,
w prezencie dostałem kilka bumerangów, a krzychową orkę (jedyny bumerang
na świecie, który leżał obok seniora) złożyłem w dłoniach jay'a. pózniej
pożegnałem się ze wszystkimi i razem z seanem i jego żoną pojechałem ich
czerwonym BMW na dworzec.
tego samego dnia wieczorem odbyła się aukcja bumerangów przywiezionych
na zlot. a w poniedziałek ostatnia konkurencja zawodów: rzuty LD. adam
mcLaughlin pobił brytyjski rekord, wręczono trofea dla zdobywców podium
wszystko pięknie, tylko dlaczego ja musiałem w tym czasie sprzedawać meble
otyłym angielkom??? a trzeba wam wiedzieć, że są one tak samo piękne,
jak angielska pogoda i smak jedzenia (jerok, żywimy nadzieję, że mamy
tam jeszcze po co jechać na następną imprezę przyp. red.).
były to moje najpiękniejsze dwa dni w anglii. nauczyłem się strasznie
dużo o miotaniu, a co najważniejsze, poznałem wspaniałych ludzi i przekonałem
się, że bumerangi potrafią łączyć nie tylko narody, ale i pokolenia. jednego
jestem pewny: za rok znów tam będę i tym razem będę wiedział, jak poskromić
mocny wiatr. no i zabiorę ze sobą kalosze!!!
17.48 - llandudno junction to crewe (19.07)
19.19 - crewe to birmingham (20.41)
21.03 - birmingham to reading (22.47)
23.15 - reading to basingstoke (23.39)
00.29 - basingstoke to andover (00.50)
ps. niestety, dotychczas nie wszedłem w posiadanie zdjęć z tej imprezy.
obiecuję, że na pewno znajdziecie je wśród "galerników" następnego
wydania ibb. niektóre będziecie także mogli zobaczyć na forum.
pps. za rok, pod koniec sierpnia kolejny trefriw boomerang festiwal.
bardzo bym chciał pojechać tam jako jeden z członków ekipy polskiej reprezentacji.
jeśli masz ochotę przeżyć niezapomniane kilka dni, masz kalosze i ochotę
na miedzynarodowe zawody
pisz!!! mój mail znajdziesz w stopce redakcyjnej.
jero
...sklep
meblowy - miejsce w którym napełniałem swą sakwę soczystymi
funcikami ;o)
...bank holliday
- radosny dzień dla brytoli. wolny od pracy. nikt nie potrafił mi powiedzieć
dlaczego... ;o)
|
adrian "jerofiejew" perdjon jest...
no właśnie: nie bardzo wiadomo, czy jest aktorem (next w "plebanii")
czy bumiarzem. obydwu pasjom oddał się całkowicie, namiętnie, bez
wahania.
myliłby się jednak ten, kto by na tych przypuszczeniach poprzestał.
jedyny profesjonalny sklep rangowy w polsce, znajdziecie na stronie
u jera:
www.bumerangi.com/
|
|
|